RSS   |    Newsletter   |   
Zarejestruj się   |    Zaloguj się   |    Zaloguj przez facebook
Krynica » Ucieczka dziecinnie prosta

Ucieczka dziecinnie prosta

2005-08-19, Aktualizacja: 2005-08-19 07:32

Polska Gazeta Krakowska Andrzej Plęs

Gdyby nie nastroje patriotyczne w domu Zielińskich, to Adamowi nie chciałoby się uciekać od komuny w lepszy świat. Gdyby nie charakteryzująca do dziś Krzyśka ciekawość świata, nie powiedziałby wtedy "tak".
Gdyby nie nastroje patriotyczne w domu Zielińskich, to Adamowi nie chciałoby się uciekać od komuny w lepszy świat. Gdyby nie charakteryzująca do dziś Krzyśka ciekawość świata, nie powiedziałby wtedy "tak". Bo Adam, najstarszy z ósemki rodzeństwa, zaprosił młodszego brata do wspólnej ucieczki. Ruszyli nocą i po cichu. Potem zrobiło się bardzo głośno.
- Niewiele pamiętam z komuny - Krzyś miał wtedy 13 lat. - Pamiętam Jaruzelskiego w telewizji, stan wojenny i swoją radość, że po ogłoszeniu stanu wojennego nie muszę iść do szkoły, bo nie ma lekcji.
Taka była świadomość polityczna najsłynniejszego uciekiniera schyłkowego PRL.
- Ale w liście do klasy, jaki napisałem ze Szwecji, to o ile pamiętam, wyzwałem ich wszystkich od komunistów i wspomniałem o pomarańczach, cukierkach i zabawkach - dodaje.
∨ Czytaj dalej
- Pomarańcze to był w Polsce symbol dobrobytu.
Później wykorzystała to peerelowska propaganda, która ustami rzecznika prasowego rządu Jerzego Urbana oświadczyła, że mali Zielińscy zostali przekupieni przez Szwedów pomarańczami.
Konspira małych dzieci
Żadnych przygotowań, trochę ubrań i trochę pieniędzy.
- Musiałem podrobić podpis mamy, żeby odzyskać swoje 4 tysiące złotych ze szkolnej kasy oszczędnościowej -wspomina Krzysztof. - Adam miał trzy tysiące, wtedy dla nas to było mnóstwo pieniędzy. Przez całą drogę nawet na chwilę nie przyszło mi do głowy, że robimy coś nieodwracalnego, dla mnie to była tylko zabawa, jakbym za moment miał wracać do domu.
Nie robili żadnych przygotowań, bo ktoś mógłby się zorientować i... koniec planów.
W domu na stole zostawili list do rodziców: "Kochana mamo, prosimy, żeby przez trzy dni nie wzywać milicji, bo grozi nam śmiertelne niebezpieczeństwo?. Żadna matka po przeczytaniu takiego listu nie siedziałaby bezczynnie trzy dni.
- Dopisałem, że to nie jest wina Adama, że to jest moja decyzja - usprawiedliwił Krzysiek brata.
W klasie uprzedzili trójkę kolegów, z każdym założyli się o sto dolarów. Tamci zarobiliby po stówie, gdyby chłopakom się nie udało. Zakład uroczyście spisano na trzech kartkach wyrwanych z zeszytu. Trójka kumpli zobowiązała się nie puścić pary z ust. Tajemnica przetrwała do rana. Matka znalazła list, omal nie dostała zawału i pobiegła na milicję. Do szkoły też poszła, trójkę najserdeczniejszych kumpli Adama i Krzyśka wzięto na spytki, nie obyło się bez środków bezpośredniego przymusu, bo chłopaki naprawdę szły w zaparte. Z mocno obitymi przez rodziców tyłkami milczeli jak zaklęci. Jeden coś przebąkiwał o wycieczce za granicę, ale nie potraktowano go poważnie. Do czasu.
Zmiana planów
To nie miała być Szwecja, to miało być? gdziekolwiek, byle na mitycznym Zachodzie. Najlepiej Stany Zjednoczone. Miało być samolotem i jak najbardziej nielegalnie. Takich szczeniaków bez opieki rodziców, nie mówiąc o braku paszportów, w ogóle jakichkolwiek dokumentów, nawet nie wpuszczono by do sali odpraw na Okęciu. Ale i tak chcieli lecieć z Okęcia. Tyle że nic z planu nie wyszło.
Kiedy już nocnym pociągiem dotarli do Warszawy, okazało się, że na lotnisku pełno milicji i wojska, każdy samolot przed startem był nieraz sprawdzany. Komuna dość już miała dowcipów w stylu "Tempelhof, proszę". I to był koniec planu. Dalej chcieli na Zachód, tylko już nie wiedzieli jak. Wracać nie można było - wstyd, zakład z kolegami, nieuchronne kłopoty? W środku warszawskiej nocy przypomnieli sobie relację swojego kolegi, który rok wcześniej spędził wakacje nad morzem: ze Świnoujścia kursują promy na Zachód. Puścili się więc w drogę powrotną na warszawski dworzec kolejowy (poszaleli trochę na ruchomych schodach i "podrażnili" z samootwierającymi się drzwiami). Wsiedli w pierwszy pociąg do Szczecina. Do Świnoujścia dotarli resztką sił. I postanowili działać pragmatycznie.
- Po porcie chodziły jakieś chłopaki, zbierali puszki po piwie, wypytaliśmy ich, dokąd to pływa, kiedy pływa - relacjonuje młodszy uciekinier. - Niby, że pierwszy raz jesteśmy nad morzem i tak z ciekawości pytamy.
Plan sporządzili błyskawicznie - ukryją się pod jednym z tirów i będą się modlić, żeby to był ten, który z Polski wyjeżdża, a nie do niej właśnie wjechał.
25 godzin na osi
Wybrali sobie tira i... no, prawie się, kurczę, udało. Wopista złapał ich, jak się przemykali w kierunku pojazdu, obsobaczył i wsadził do pociągu powrotnego do Warszawy. Do osobowego ich wsadził, więc chłopaki wyskoczyły na pierwszej stacji i w godzinę byli znów pod parkingiem. Wczesna noc, 29 października i ziąb. Już nie tylko na wopistów uważali, ale też na ich służbowe psy. Na wszelki wypadek wymazali się smarem samochodowym, żeby zwierzę nie wyczuło.
-Adam miał pomysł, żeby iść do cepeenu, kupić ropy i się oblać, ale skończyło się na smarze - śmieje się Krzysiek. - Też śmierdziało jak cholera.
Dopadli upatrzonego tira, każdy sobie wybrał jedną oś na naczepie pojazdu i tak zwisali na nich w pół śnie i pół jawie do trzeciej po południu następnego dnia. Był taki moment, kiedy Krzysiek myślał, że to koniec.
- Polski celnik sprawdzał tiry, z latarką w dłoni zaglądał pod samochody, zaświecił mi w twarz i przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy - mówi. - Do dziś nie wiem: widział mnie czy nie chciał widzieć.
Aż tir wjechał na prom. Prom nie wiadomo dokąd. Na osiach samochodowych spędzili w sumie 26 godzin, obudzili się na dźwięk zapalanego silnika samochodu. W środku nocy, z cichą nadzieją, że to już to "zachodnie" miejsce.
Nasze eldorado
- Wyszliśmy z promu, port jak port, nie wiadomo czy nasz polski, czy nie i w ogóle co to za kraj - opowiada Krzysztof. - Trochę daleko było do świateł, do miasta. Jak zobaczyliśmy te pierwsze domy, duże, ładne, te samochody jak z filmów... To musiał być ten nasz wymarzony Zachód.
Dopiero później dowiedzieli się, że wylądowali w Ystad. O trzeciej w nocy krążyli po mieście, którego nazwy wówczas nie znali i nawet nie wiedzieli w jakim są kraju. Brudni jak cholera, od wszystkiego, ze smarem samochodowym włącznie. Pośród różnobarwnych świateł mijali ich młodzi roześmiani ludzie, pewnie na dyskotekę szli, bo sobota była. Ich bardziej interesowały wystawy sklepowe niż ludzie, były nawet wspanialsze niż na filmach. A te w sklepach spożywczych przypomniały im, że od kilkudziesięciu godzin niczego nie jedli, od ponad doby nie pili. Przypomnieli sobie o fontannie, którą mijali, znaleźli przy drodze pustą butelkę i ruszyli po wodę. Tylko na chwilę przystanęli przed kioskiem ze słodyczami i wtedy zatrzymał się przy nich samochód.
- Wysiadł taki wielki facet z brodą, nałożył czapkę na głowę i coś do nas gada - mówi Krzysiek. - Po czapce było widać, że albo policjant, albo strażnik. I gada po swojemu. Bogu dzięki, Adam miał w szkole angielski, znał trzy słowa na krzyż. I tłumaczy, że mieszkamy w hotelu, pokazuje kierunek i po polsku mówi: tam. Policjant zapakował nas do samochodu i na komisariat.
Ale się zrobiło zbiegowisko! Cały komisariat i jeszcze trochę. Dwóch umorusanych, wystraszonych chłopaków, ni w ząb po szwedzku, trochę po angielsku. Połapali się, że z Polski, zadzwonili do tłumacza. Tłumacz pyta chłopaków przez telefon, ile mają lat. Kiedy odpowiedzieli, po drugiej stronie zapadła długa cisza. Dostali herbatę, coś do zjedzenia i poszli spać. Przesłuchania zaczęły się dopiero następnego dnia.
- Baliśmy się, że nas cofną do kraju - przyznaje młodszy uciekinier. - Adam wpadł na pomysł, żeby zniszczyć wszystkie dowody, które mogą nas "obciążać", poszliśmy do ubikacji i zjedliśmy kartkę. Tę z zakładem z kolegami ze szkoły. Zjedli sprawiedliwie, po bratersku - każdy po pół.
Zielińscy międzynarodowi
- To nie było tak, że Szwedzi chcieli nas zostawić u siebie, dla dwóch chłopaków z Polski nie ryzykowaliby konfliktu międzynarodowego - wyjaśnia. - To Polonia w Skandynawii zrobiła szum i mieliśmy kupę szczęścia, że nas zostawili.
Mniej szczęścia mieli ich rodzice. Władza w kraju chciała urządzić proces pokazowy. Wybronili się pozostałą szóstką dzieci - wzorowo i przykładnie wychowywanych i zadbanych. Wybronili się przed pozbawieniem, ale sąd zdecydował o zawieszeniu praw rodzicielskich. I te niekończące się przesłuchania na milicji... Ale istniało ryzyko, że Adam z Krzyśkiem zostaną odesłani do kraju. W prasie szwedzkiej rozpętało się piekło, decyzje zapadały na najwyższym szczeblu i Olof Palme musiał zaakceptować, że przybyło mu dwóch mieszkańców w kraju. Paradoksalnie w decyzji na tak pomógł wyrok dębickiego sądu rodzinnego, który rodzicom zawiesił prawa rodzicielskie.
- Kompletnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się wokół nas dzieje- mówi młodszy z braci. - Byliśmy z małej polskiej wsi, nie mieliśmy świadomości, że nad naszymi głowami szaleje burza. Adam lepiej się orientował w sytuacji. On wiedział, co to takiego azyl, ja nie miałem pojęcia. Tylko uzgodniliśmy zeznania przed przesłuchaniami.
Musieli podać jakiś powód ucieczki. Adam wymyślił prześladowania polityczne - z przysposobienia obronnego miał w szkole niską ocenę. Mogło wystarczyć. Miał kłopoty, bo nie był na pierwszomajowym pochodzie ? jeszcze lepiej. Wymyślił, że spałowała go policja podczas powrotu z koncertu grupy punkowej ? doskonale. Dobrze to wykombinowali. Szwedzi mają obsesję na punkcie tolerancji i swobód obywatelskich. A uderzenie dziecka to grzech śmiertelny.
Trafili do obozu dla azylantów, tu ?wyłowiła? ich lokalna gazeta, potem telewizja i dopiero wtedy rozpętało się szaleństwo - już nie tylko barwna ucieczka, ale aspekt międzynarodowy, mnóstwo polityki.
Tu rodzina, tam rodzina
Po trzech miesiącach burzy medialnej, z końcem 1985 roku zapadła decyzja rządu szwedzkiego: Zielińscy zostają. Trafili do dwóch polskich rodzin zastępczych. Takich ze świeżej emigracji, z korzeniami solidarnościowymi. Chcieli czy nie chcieli, nie dano im zapomnieć skąd ich ród. Ze "starą" rodziną utrzymywali kontakt, choć nie było to łatwe.
- Listy pisaliśmy jeden po drugim, ale pierwsza rozmowa telefoniczna była dopiero po roku - przypomina sobie.
Dziś z zażenowaniem wspomina, że nie miał w sobie tęsknoty. Ot, tak po dziecinnemu fascynowała go nowa, kolorowa rzeczywistość.
- Po miesiącu pobytu powiedziałem w szwedzkiej telewizji, że nie tęsknię, ale potem pomyślałem sobie, że przecież tak nie można mówić, więc szybko poprawiłem się, że chyba trochę tęsknię. A Adam tęsknił bardzo.
Po latach
Krzysiek wciąż jest zaskoczony, że ich szczeniacki pomysł urósł do rangi sprawy międzynarodowej, że wywiady, film, popularność, niech będzie że chwilowa. On szybciej zaaklimatyzował się w nowej rzeczywistości niż brat.
- Miał więcej świadomości, był starszy, odpowiedzialny za siebie i za mnie - przyznaje młodszy brat.
Dziwi się swojemu ówczesnemu chłodowi emocjonalnemu, ale przyznaje, że z upływem czasu tęsknił za rodzinnym domem coraz bardziej. Odwrotnie Adam - ten coraz bardziej wtapiał się w szwedzką społeczność. Do kraju nad Wisłą jeździł najpierw często, potem coraz rzadziej. Krzysiek po raz pierwszy przyjechał po 10 latach pobytu za Bałtykiem. I jeździ coraz częściej. Z tęsknoty, z sentymentu i? do pracy. Właśnie jest w trakcie studiów doktoranckich w sztokholmskim uniwersytecie, gdzie wykłada. Temat: polskie warunki gospodarcze. Adam ukończył studia matematyczno-ekonomiczne, ma kierownicze stanowisko w międzynarodowej firmie produkcji budowlanej. Bywa w Polsce, bo i tu jego firma ma swój oddział. Karierę zawodową zaczynał w tej samej firmie - od sprzątania.
Krzyśkowi pasja poznawcza nie minęła, nauczył się grać na fortepianie i skrzypcach i kilku języków obcych, jeździ po świecie. Ale sam otwarcie przyznaje, że myśli tylko po polsku.